Od kilku dni odpoczywam. Tak prawdziwie, bez spiny, nie siedząc całymi dniami przy kompie i ścigając się z terminami. Nareszcie mam czas aby nadrobić odkładane na stosik na biurku lektury, obejrzeć seriale i filmy, zagrać w gry. A jest co nadrabiać, bo mimo, że nie miałam czasu na czytanie nic poza lekturami branżowymi, to regularnie kupowałam i dostawałam kolejne książki.

Dzisiaj więc notka o dwóch książkach i kobietach w nich opisanych i dwóch przepisach nimi inspirowanymi.

biografia coco chanel

Moda przemija, styl pozostaje

To jeden z moich ulubionych cytatów. Na pierwszy strzał poszła biografia Coco Chanel, którą dostałam na gwiazdkę. Od zawsze lubiłam biografie, zwłaszcza artystów i projektantów. Są dla mnie sporą porcją inspiracji i kopem do dalszej pracy. Coco zainteresowała mnie bardziej po obejrzeniu filmu, z Audrey Tautou (którą uwielbiam) w roli głównej, którym przyznam szczerze byłam całkiem zawiedziona. Wydawało mi się, że spłycili trochę historię głównej bohaterki, a przynajmniej miałam taką nadzieję, nie znając szczegółów z jej życia.

Po premierze filmu w księgarniach pojawiło się kilka biografii, ja trafiłam na Coco Chanel Legenda i życie, autorstwa Justine Picardie (autorkę książek i wielu felietonów min. dla Vogue, Observer, Sunday Telegraph, Harper’s Bazaar).

Brakuje mi w tej książce trochę szczegółów dotyczących jej pracy i efektów jej pracy. Czasami można się pogubić, zwłaszcza kiedy autorka przytacza historie życia pobocznych bohaterów, w moim odczuciu nie będące aż tak istotnymi dla ciągniętych dalej historii. Niesamowitym plusem jest za to spora ilość archiwalnych zdjęć oraz rysunków (głównie Karla Lagerfelda). Książka wydana jest bardzo estetycznie, przyjemnie złożony tekst bardzo łatwo się czyta (wspominam o tym, bo wiele książek projektuje się dla osób, które mają chyba lornetkę w oczach…), choć przyznam, że dziwi mnie wybór zdjęcia na obwolucie (ilustracja na okładce pod nią jest idealna!).

Postać, którą poznajemy to niesamowity miks zabawy, tajemnicy, przewrotności i pewności siebie. Jeśli chcecie wiedzieć jak prosta szwaczka stała się ikoną mody, to warto sięgnąć po tę lekturę. Z pewnością nie jest to ostatnia pozycja dotycząca Coco, więc jeśli znacie jakieś książki warte uwagi, a poświęcone bardziej jej twórczości, to koniecznie dajcie znać w komentarzach.

Coco Chanel Legenda i życie Justine Picardie, wydawnictwo Rebis

książki, które warto przeczytać

To ja, Malala

Tu się przyznaję bez bicia, o książce dowiedziałam się z Dzień Dobry TVN, w audycji poświęconej książkom, które można zabrać ze sobą na ferie. Jestem pewna, że mogliście słyszeć o Malali, choć nie jesteście do końca tego świadomi. Malala Yousafzai została postrzelona w głowę 9 października 2012 przez talibów. Grupa, która chciała zamknąć jej usta, w rzeczywistości sprawiła, że Malalę zna teraz cały świat. W dodatku właśnie wyszła jej książka.

Malala jest młodą (dziś ma 17 lat) aktywistką działająca w obronie dostępu do edukacji dla dzieci całego świata. Mimo, że urodziła się w Pakistanie, od najmłodszych lat działała u boku swego ojca, głośno buntując się przeciwko niesprawiedliwemu systemowi, bezradności swojego rządu i terrorowi talibów.

Ta książka to porządna dawka informacji związanych z historią Pakistanu, garść ciekawostek związanych z islamem a przede wszystkim historia niesamowicie silnej i odważnej dziewczynki, która uważa, że to co dzieje się w jej państwie jest po prostu nie fair!

To ja, Malala to historia o dwukrotnie nominowanej do Nobla kujonki (jak sama siebie nazywa), która oprócz walki o równość lubi czytać Zmierzch, ogląda bollywoodzkie filmy i kłóci się ze swoimi przyjaciółkami.

To ja, Malala Malala Yousafzai, Christina Lamb, wydawnictwo Prószyński i S-ka

A teraz o jedzeniu

Myśląc o Coco Chanel, pomyślałam od razu o pralinach lub truflach. Małych, słodkich, najlepiej z białą czekoladą. Do tej pory jednak nie robiłam własnych pralinek, jestem totalnie zakochana w Rafaello, więc kiedy chcę zjeść coś małego i słodkiego wybieram właśnie je.

pralinki z białej czekolady

Po pomoc sięgnęłam na jednego z moich ulubionych polskich blogów – Kwestię smaku, gdzie znalazłam przepis na trufle z białej czekolady.

Pozwolę sobie zacytować przepis za autorką:

Trufle z białej czekolady

około 20 sztuk

Potrzebujemy:
100 g miękkiego masła
3 łyżki cukru pudru (dałam 2)
2 łyżki likieru kokosowego lub rumu (dałam rum)
200 g dobrej białej czekolady (zwykła Milka się sprawdziła)

do tego posiekane pistacje i wiórki kokosowe do obtoczenia

Przygotowanie:
Masło wyjąć odpowiednio wcześniej z lodówki by było miękkie.

Czekoladę połamać na kostki i rozpuścić w kąpieli wodnej (na garnku z gotującą się wodą ułożyć garnek z czekoladą tak by nie dotykał wody, czekolada roztopi się wtedy bez przypalania i nie będzie gorąca).

Masło utrzeć mikserem razem z cukrem pudrem i likierem (około 5 minut). Stopniowo dodawać po łyżce czekoladę (ostudzoną, letnią) cały czas miksując (w sumie przez około 1 minutę). Wstawić do lodówki na około 2 godziny lub do czasu aż masa zgęstnieje, na tyle aby można ją było formować.
Nabierać łyżeczką gęstą masę i formować kulki (na razie mogą być niezgrabne i poszarpane). Ułożyć je na talerzu i wstawić do lodówki do stężenia (na około 2 godziny). Wygładzić powierzchnię trufli, obtoczyć w wiórkach lub cukrze pudrze. Przechowywać w lodówce.

Ja w sumie jestem leniwa i po prostu wymieszałam wszystkie składniki łyżką. Podejrzewam, że po zmiksowaniu masa nabierze trochę objętości i lekkości. Masę schowałam do lodówki i po niecałej godzinie była już twarda.

Wystarczy wyjąć ją z lodówki na chwilę by trochę zmiękła. Łyżeczką zbierałam masę i szybko formowałam niby kulkę rękami (szybko się topi) i od razu wrzucałam do pistacji lub kokosa, a następnie wyrównywałam i wkładałam do papierka. W ten sposób pominęłam kolejne leżakowanie w lodówce.

M. jako wielki fan białej czekolady stwierdził, że zdecydowanie lepsze byłyby bez dodatku rumu. Ich smak za bardzo kojarzy mu się z… kremem do tortów. I coś w tym jest. Są bardzo, bardzo słodkie, więc zjedzenie jednej czy dwóch wystarczy na caaały wieczór. Jestem ciekawa jak smakowałyby z likierem kokosowym i np. prażonym migdałem.

pralinki z chalwy

Długo zastanawiałam się nad jakąś słodkością, którą zjeść można również w Pakistanie, a nie będzie wymagała zastosowania jakiegoś niedostępnego dla większości osób produktu. Olśnienie przyszło szybko – chałwa!

Z chałwą jest tak, że albo się ją lubi albo nienawidzi. Ja muszę mieć do niej dzień i nie mogę zjeść zbyt dużej ilości, bo potem długo, oj długo nie mogę na nią spojrzeć.

Postanowiłam zrobić ją w formie małych kuleczek, pseudo pralinek, dzięki temu łatwiej się ją je, podaje i przechowuje. No i wygląda trochę lepiej niż taka zwykła, pokrojona.

domowa chałwa przepis

Domowa chałwa

ok 15 małych porcji

Potrzebujemy:
szklankę sezamu
ok 3 łyżek miodu
2 łyżki słonecznika (można dać orzechy, migdały lub po prostu pominąć)
aromat waniliowy (ok. 4 kropelki)

Przygotowanie: Sezam (plus ewentualne dodatki) prażymy – wrzucamy na suchą patelnię i często mieszamy – uwaga, bardzo łatwo go przypalić! Zdejmujemy z ognia i czekamy aż wystygnie. Następnie dokładnie mielimy (spokojnie wystarczy w tym celu elektryczny młynek do kawy).

Masę sezamową mieszamy z miodem, dodajemy aromat i formujemy wybrany kształt. Przechowujemy w lodówce.

W mojej wersji dodałam posiekane pistacje i kropkę miodu na wierzch.