Odkąd wróciłam z urlopu w Holandii (o tym jeszcze napiszę) nie miałam właściwie weekendu, który mogłabym wykorzystać tak po prostu dla siebie. Ostatnio dodatkowo złapało mnie przeziębienie, które zbiegło się z koniecznością wyjazdu do Włocławka. Nie ukrywam więc, że dzisiejsze poranne słońce przywitałam z nieukrywaną radością. Szybkie pytanie do M. gdzie dzisiaj uciekamy i kilka godzin później jechaliśmy pociągiem w stronę centrum.
Będąc w centrum namówiłam go na krótki spacer do jednego z ulubionych miejsc. Na ulicy Chmielnej w Warszawie, poza mnogością knajp i knajpek znaleźć można punkt, który często ratował mnie przed utratą zmysłów i szybkim bankructwem.

A może warto zacząć od tego, dla tych zwłaszcza, którzy mnie nie znają, że jestem absolutnym książkofilem. Czytam kiedy tylko nadarzy się okazja, a książki niestety do najtańszego dobra nie należą. Nie będąc rodowitą warszawianką dostęp do bibliotek miałam dość ograniczony, szybko więc musiałam znaleźć sposób aby regularnie książki mieć, nie wydając przy tym większego majątku.

Księgarnia Dedalus – bo o niej tutaj wspominam była dzisiaj jednym z fajniejszych punktów całej wyprawy. Uwielbiam wchodzić między stoły z książkami i powoli przeglądać każdy tytuł, przypadkiem znaleźć jakiś skarb, który w dodatku kosztuje kilka złotych zamiast kilkudziesięciu. Jednym z takich skarbów jest Najstarszy zawód świata Marka Karpińskiego czy Pasja Życia Irvinga Stone. Oprócz tego Zupy na każdy dzień roku Biruta Markuza i jedna pozycja polskiej fantastyki. Nie ma nic lepszego, niż rozsiąść się wygodnie na ławce w parku i w promieniach ostatniego być może, jesiennego słońca czytać o historii Vincenta van Gogha. Zerknęłam na kilka pierwszych stron każdej książki i każda z nich wydaje się być ciekawą pozycją. Jak tylko skończę czytać którąś z nich skrobnę kila zdań o tym czy faktycznie warto 🙂

Kiedy dorwę się do dobrej książki, ciężko mnie od niej odciągnąć, potrafię chodzić z nią wszędzie, nawet do kuchni. Smażąc dzisiejsze placuszki marchewkowe o mało kilka nie spaliłam. Choć placuszki marchewkowe to trochę zła nazwa. Marchewkowe miały być z założenia, okazało się jednak, że zabrakło marchewki i wyszły marchewkowo-ziemniaczane.

placki marchewkowo-ziemniaczane

Placuszki marchewkowo-ziemniaczane

ok. 16 małych placuszków

Składniki:
3 marchewki
3 ziemniaki
pół cebuli
łyżka mąki pszennej
jajko
sól, pieprz, rozmaryn, natka pietruszki
olej do smażenia

Przygotowanie:
Marchewkę i ziemniaki ścieram na tarce. Cebulę drobno siekam. Całość mieszam z jajkiem i łyżką mąki. Dodaję przyprawy. Masa jest stosunkowo sypka, nie kojarzy się z papką na placki ziemniaczane, ale ja bardziej taką lubię. Żeby ciasto było bardziej zbite wystarczy warzywa zetrzeć na mniejszych oczkach, dodać jeszcze jedno jajko i być może odrobinę więcej mąki. Ja jednak lubię wersję sypką – jeśli wyłoży się łyżkę takiej mieszanki na rozgrzany olej to całość ładnie się zetnie. Pamiętajmy też aby przewracać placki dopiero jak dobrze usmażą się z jednej strony – inaczej mogą się rozsypać. Smażymy je po kilka minut z każdej strony.