Kolejne 40 km na mojej brązowej strzale za mną. Wyniki osiągam rekordowe w Holandii, biorąc pod uwagę fakt, że większą część życia spędzam przed komputerem w pozycji prawie embrionalnej.

Będąc w Warszawie rzadko decyduję się na wyciąganie roweru – po pierwsze, trzeba go jakoś wtoczyć do windy i zjechać z 10 piętra (a windy wcale nie są takie, że się mieści swobodnie), po drugie prawie nie ma w tym mieście rowerówek – a jeśli już są, nagle się kończą lub je czymś zastawią, nie wspominając o niedzielnych spacerowiczach i matkach z wózkami, które je sobie jakoś szczególnie upodobały.

Można nie schodzić z roweru

Olewam więc rower w stolicy i decyduję się na spacery. Tymczasem, w Holandii jest zupełnie inaczej, tu większy problem będą mieli piesi niż rowerzyści, przeciętny Holender rodzi się chyba od razu z rowerem bo przysięgam, że nie miałam tu jeszcze sytuacji, że jadąc nie wiedziałam, gdzie mam jechać. Jeśli coś remontują – ustawią prowizoryczną ścieżkę, podjazd pod krawężnik, milion znaków ostrzegawczych i wiesz, co masz ze sobą zrobić. Dlatego tu kilometrów po prostu się nie czuje (no może z wyjątkiem wyjątkowo wietrznych dni, czyli jakiś 340 w roku).

Dodajcie do tego ładne, wiejskie widoczki, przyjaznych, uśmiechniętych ludzi i wygodny system oznakowania dróg i można jeździć po całym kraju.

punkty

Jak poruszać się po holenderskich rowerówkach?

Ha! Przysięgam, że moje życie stało się piękniejsze kiedy po kilkudziesięciu pobytach w Holandii, Phox uświadomiła mnie, że istnieje coś takiego jak Knooppunten (pl. węzły). Oczy to ja mam chyba w dupie, że tego wcześniej nie zauważyłam, ale ciekawi mnie również to, że właściwie szwendając się po przeróżnych stronach w necie na temat Holandii, nic o nich nie znalazłam.

No ale czym są te cholerne knooppunten? Otóż, to taki fajny system oznakowania ścieżek rowerowych, według punktów, które pozwalają na w miarę prostą orientację i brak problemów typu – No to, w którą stronę teraz jechać? Oczywiście, co jakiś czas znajdziemy oznakowania czerwonych i zielonych tablic, z nazwami miejscowości i odległością w km, ale gdybyśmy jednak jakimś cudem nie wiedzieli do jakiej miejscowości, lub przez jaką miejscowość mamy jechać to takie punkty to całkiem fajna sprawa.

Ja czuję się jak na podchodach, bo w sumie dokładnie tak to wygląda – generujesz sobie listę punktów i jedziesz według nich dajmy na to, te kilkadziesiąt kilometrów. Poza pasącymi się krowami w okolicy i super drogimi jachtami pływającymi po kanałach, bywa to Twoją jedyną rozrywką, także ten – Szukamy! Dla ciekawych knooppunten, którymi się poruszałam się dzisiaj to: 25, 95, 96, 91, 94, 63, 58, 55, 54 (tu już zawracałam), 53, 74, 85, 90 i z taką karteluszką z numerkami sobie dziś jeździłam po Holandii.

W internecie znaleźć można kilka generatorów takich tras, np. tu i tu. Na iPhone dostępne są również appki, które generują wybrane trasy.

rowerem4

Mam fajną bazę wypadową – siedząc w Kudelstaarcie mam właściwie dość blisko do kilku ciekawszych miejsc – Amsterdam, Leiden, Haarlem, Utrecht – około 20-30 km w jedną stronę. Dlatego plan mam taki – odwiedzić je wszystkie po kolei. Amsterdam i Leiden co prawda zaliczone, ale tu planuję wpaść jeszcze chociaż raz, do Haarlemu dojechałabym gdyby nie strach, że będę musiała 26 km wracać na piechotę, więc śmiało można założyć, że w najbliższym czasie pojawi się tu kilka fotorelacji z tras do tych wszystkich miejsc 🙂

Tymczasem wrzucam kilka zdjęć z dzisiejszej, nieplanowanej wycieczki w stronę Haarlemu. A na zdjęciu głównym, moja super, pro strzała.

rpwerem3

rowerem2

rower